Parafia Rzymskokatolicka pw. Miłosierdzia Bożego

  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Rozważanie o polityce

Jednym ze znaków naszych czasów jest pomieszanie pojęć. Także o polityce. Polityka pojmowana bywa jako sposób na życie, na zarobkowanie i załatwianie interesów. Jako droga osobistej kariery. Jako przestrzeń, w której spełnia się ludzkie pragnienie dominacji i władzy. Polityka jawi się jako przestrzeń walki i to nie tylko pomiędzy poszczególnymi ludźmi czy środowiskami, ale pomiędzy całymi narodami. Mówi się o wojnie jako o narzędziu polityki i o polityce wojennej. Mówi się o polityce jako narzędziu ekonomii i o ekonomii jako o narzędziu polityki. Mówi się też o polityce jako o przestrzeni uzgadniania różnorodnych interesów, jako o przestrzeni negocjacji. A przecież powinna być przestrzenią służby.

Bolesne bywają skutki używania tych samych pojęć, pod które różni ludzie podkładają odmienne treści. A wydawałoby się, że każdy rozumie co to jest polityka. Nas, katolików, uderzają zwłaszcza zdania typu: „Kościół nie powinien wtrącać się do polityki”. Czasem nawet niektórzy ludzie Kościoła używają takich sformułowań.

Tymczasem to właśnie w dziedzinie polityki ustalane jest – przykładowo – jakie będą prawne i faktyczne gwarancje praw człowieka, praw rodziny, praw narodu, praw Kościoła. To w tej dziedzinie ustalane jest jaki będzie podział dóbr, który może być sprawiedliwy lub nie. I według jakich reguł wolno działaś sprawującym władzę, a według jakich działać im nie wolno. I to wszystko miałoby być poza obszarem zainteresowania wspólnoty Kościoła i jego Urzędu Nauczycielskiego? Wolne żarty.

W 1984 roku przybył do Radomia arcybiskup Ignacy Tokarczuk, aby wygłosić rekolekcje dla świata pracy. W czasie, gdy Polska spętana była rygorami stanu wojennego, mówił o św. Kazimierzu jako wzorze sprawiedliwego władcy. Rozpoczął mniej więcej tak: będzie mówił o polityce i będzie to czynił z trzech powodów:

Po pierwsze, Pan Jezus po to zostawił swemu Kościołowi Ewangelię, aby Kościół w świetle Ewangelii oceniał czyny ludzkie i nauczał co dobre a co złe. Polityka jest dziedziną ludzkich czynów. Zatem obowiązek oceniania czynów ludzkich w świetle Ewangelii rozciąga się także na dziedzinę polityki. Kościół byłby niewierny swemu Panu, gdyby tego nie czynił. Po drugie, polityka stwarza warunki do życia i pracy Kościoła. Byłby nieroztropnym pasterzem, gdyby nie interesował się tym, od czego zależy życie i rozwój Kościoła powierzonego jego trosce. Po trzecie wreszcie, z tego, że nosi sutannę i krzyż na szyi nie wynika, by przestał być obywatelem polskim. Jako Polak i obywatel ma prawo mówić i będzie mówił. Tu otrzymał ogromne brawa.

Słowa te za arcybiskupem Tokarczukiem powtórzyć może każdy katolik i w każdym czasie. Natomiast chaos w pojmowaniu polityki, czasem także wśród katolików, bierze się stąd, że w życiu naszej cywilizacji (nie tylko w Polsce) mieszają się dwa zasadniczo różne i głęboko sprzeczne pojęcia polityki, a z każdym łączą się odmienne ludzkie oczekiwania. Odróżnijmy je zatem.

Pierwsze z tych pojęć korzeniami sięga czasów Arystotelesa (III wiek przed Chrystusem) i zakłada, że polityka to „realizacja dobra wspólnego”. To pojęcie wraz z Kościołem przejął Jan Paweł II, ubogacił i wielokrotnie upowszechnił w swoim nauczaniu, mówiąc, że polityka to „roztropna troska o dobro wspólne”. Cechą konieczną tak rozumianej polityki jest bezpośredni związek z dobrem wspólnym. Kto podejmuje dzieła polityczne, powinien troszczyć się o dobro wspólne, czyli powinien służyć. Powinien też zadbać, by działania jego były roztropne - aby błąd nie stał się przyczyną szkody wyrządzonej przez osoby skąd inąd pełne dobrych intencji.

Działania, które nie są ukierunkowane na rozwój i obronę dobra wspólnego, nie powinny być zatem nazywane polityką, ale sprzeniewierzeniem, zdradą, kłamstwem, manipulacją, niegodziwością. Wszyscy ludzie powołani są do roztropnej troski o dobro wspólne. Każdy według swego stanu. Większa jest oczywiście odpowiedzialność polityka, niż obywatela, który politykiem nie jest. Przecież istota odpowiedzialności jest dla nich ta sama. Nie można być prawym człowiekiem, nie można być dobrym katolikiem, nie przyjmując odpowiedzialności za dobro wspólne, lekceważąc je, albo niszcząc. Dobro wspólne jest to bowiem „suma warunków życia społecznego, jakie bądź zrzeszeniom bądź poszczególnym członkom społeczeństwa pozwalają osiągnąć pełniej i łatwiej własną doskonałość”. „Każda grupa społeczna musi uwzględniać potrzeby i słuszne dążenia innych grup, co więcej, dobro wspólne całej rodziny ludzkiej”. (Gaudium et spes)

Temu klasycznemu rozumieniu polityki przeciwstawiane jest rozumienie polityki jako „sztuki skutecznego osiągania celów”. W czasach renesansu takie rozumienie polityki uzasadnił doradca florenckich Medyceuszy, Niccolo Machiaveli. Odpowiada ono tym, którzy sprawując władzę, od najdawniejszych czasów chcieli jej używać dla celów przez samych siebie uznanych za słuszne, choć faktycznie przeciwstawnych dobru wspólnemu. To fałszywe pojęcie polityki bardzo odpowiada tym, o których Pan Jezus mówił, że: „uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę.”  I dodał ku przestrodze Apostołów i Kościoła:  „Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał być wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu.” (Mk 10, 42-45)

To nie oznacza, że wszyscy, którzy posługują się fałszywym pojęciem polityki (a dziś to może i większość) chcą być niemoralni z założenia. Liczni, w tym sam Machiaveli, postulują moralność celów, zastrzegając, że środki prowadzące do celów szlachetnych moralnie powinny być przede wszystkim skuteczne. Nawet, gdyby same w sobie okazały się niegodziwe, to przecież szlachetny „cel uświęci środki”. Tymczasem prawda jest taka, że jak kto zaczął, tak zazwyczaj kończy. Czyn niegodziwy nie prowadzi do dobra, ale powiększa obszar niegodziwości w życiu społecznym. Doraźnie może przynieść sukces, ale jego ujemne skutki będą potem boleśnie ważyć na losach wielu pokoleń.

„Makiawelizm” sprawia, że w oczach jego wyznawców to, co niedopuszczalne moralnie w relacjach między uczciwymi ludźmi, staje się dopuszczalne w życiu publicznym. Zwłaszcza, gdy wielkie cele deklarowane na początku drogi politycznej stopniowo przestają być prawdziwymi celami i pozostają jedynie pretekstami użytecznymi w propagandzie, a prawdziwym celem staje się sama władza. Ten mechanizm degradacji duchowej osób powołanych do służby publicznej jest pułapką, o której należy wiedzieć, aby jej unikać. W istocie, pułapką tą jest grzech ludzkiej pychy. Wobec pokusy pychy staje zaś każdy człowiek i to bez względu na barwy polityczne.

Stąd też mądrzy ludzie Kościoła w różnych czasach starali się bardzo roztropnie odróżniać pomiędzy nauczaniem o polityce i ocenianiem czynów politycznych w świetle Ewangelii z jednej strony, a udzielaniem poparć politycznych konkretnym politykom i ich grupom z drugiej. I to tym bardziej rozróżniali, im bardziej zależało im na zachowaniu wolności Kościoła głoszącego Ewangelię w Imię Jezusa Chrystusa.

Kościół zawsze też przeciwstawiał się błędnym postawom ludzi, którzy urażeni doświadczeniami bieżącej polityki, odwracali się od służby publicznej w imię uniknięcia kontaktu z niegodziwością. Przecież te niegodziwości w życiu publicznym nie są istotą polityki, ale skutkiem fałszywego jej rozumienia, skutkiem ludzkiego grzechu, który wdarł sie także do życia publicznego. Zadaniem ludzi uczciwych jest oczyszczanie życia publicznego z brudów. Przecież, gdyby wszyscy ludzie uczciwi mieli się odwrócić od spraw dobra wspólnego, to siłą rzeczy decydowaliby o pozostawieniu dobra wspólnego w rękach niegodziwców. Nie byłaby to postawa roztropnej troski o dobro wspólne. I nie byłoby to wypełnieniem powołania katolików, których zadaniem jest „ożywianie życia doczesnego duchem chrześcijańskim” (Gaudium et spes, Christifideles laici).